Iluzjonista w trykocie – "Doktor Strange" i inni superbohaterowie

Pierwotnie miała to być po prostu recenzja ekranizacji „Doktora Strange’a”, w międzyczasie jednak obejrzałam dający do myślenia wykład na temat psychologii zła, autorstwa profesora Zimbardo, inicjatora niesławnego, więziennego eksperymentu. A gdzie zło, tam i dobro. Bohaterstwo i łotrostwo to dwa lustrzane odbicia. A skoro mówimy o bohaterach, to na myśl przychodzi rzecz jasna taki na przykład Superman. Pomijając komiksy i różne, pomniejsze filmy animowane oraz seriale na temat np. Clarka Kenta, od paru, może nawet parunastu lat jesteśmy świadkami swoistego boomu na filmowe ekranizacje amerykańskich komiksów, zwłaszcza tych pochodzących od DC Comics i Marvel Studio. O ile wcześniej na dużym ekranie królowali przede wszystkim Batman i Superman, razem ze Spidermanem chyba najbardziej rozpoznawalni i ikoniczni superbohaterowie amerykańscy, o tyle począwszy od mniej więcej 2000 roku i pierwszego filmu o X-menach w kinie zaczęło się pojawiać coraz więcej komiksowych, różnorodnych postaci o najdziwniejszych mocach i strojach: Iron Man, Hawkeye, Hulk, Kapitan Ameryka, Green Lantern, Wonder Woman (która niebawem wejdzie na ekrany kin), Doktor Strange, Deadpool, Ant Man i wielu, wielu innych. Dokładnie rok temu w ramach prezentu gwiazdkowego dla szwagra i siostrzeńca kupiłam leksykon amerykańskich superbohaterów i ich przeciwników (przyznam tylko, że nie pamiętam już czy było to o DC Comics, czy o Marvelu). Ilość i różnorodność postaci naprawdę robi wrażenie. I zapewnia mnóstwo materiału na długą serię superbohaterskich filmów, które przeżywają obecnie swój renesans.
W swoim wykładzie profesor Zimbardo stwierdza, że człowiek nie jest sam z siebie dobry lub zły, a duże znaczenie przy wpływie na zachowanie jednostki ma sytuacja społeczna. To system i role społeczne, w jakie się wcielamy, generują postawy bohaterskie lub łotrowskie. Bardzo ciekawe podejście, w literaturze i filmografii umożliwiające kreację interesujących, niejednoznacznych bohaterów. Niestety, nie do końca się to chyba jednak sprawdza w przypadku amerykańskiej popkultury, jak pokazał nam przykład „Legionu Samobójców”, omawiany przeze mnie w jednym z poprzednich wpisów. Tymczasem w kontekście amerykańskich superbohaterów warto zwrócić uwagę na ostatnie słowa profesora Zimbardo w jego wykładzie. Stwierdza on, że tak naprawdę prawdziwymi herosami są zwyczajni ludzie postawieni w niezwyczajnej (niebezpiecznej) sytuacji i przyjmujący w niej postawę bohaterską, w związku z czym taki np. Superman nie jest dla dzieci żadnym prawdziwym wzorem postępowania. To skłoniło mnie do zastanowienia się nad wzorami bohaterstwa zarówno w popkulturze amerykańskiej, jak i w każdej innej, choćby brytyjskiej. W przypadku tego drugiego na myśl przychodzi od razu świat fantastyczny, wykreowany przez J.R.R. Tolkiena. Zarówno Frodo, jak i Bilbo to jak najbardziej zwyczajni, poczciwi hobbici, brutalnie wyrwani ze swojej spokojnej, codziennej egzystencji i rzuceni w wir wielkiego świata i jego niebezpieczeństw. By dokonać rzeczy nadzwyczajnych, muszą korzystać przede wszystkim z własnej siły woli i odwagi. Dotyczy to zwłaszcza Froda, który nie tylko musi uratować całe Śródziemie przed zalewem Zła, ale też bezustannie toczy walkę wewnętrzną, opierając się mocy Pierścienia. Hobbit ma co prawda pod ręką (przynajmniej w „Drużynie Pierścienia”) Aragorna i Gandalfa, czyli postacie potężne i szlachetne, ale to na niego, Powiernika Pierścienia, położony jest właśnie nacisk w powieści. Wątek walki dobra ze złem w książkach Tolkiena najlepiej obrazują słowa czarodzieja: „nawet najmniejsza istota jest w stanie zmienić bieg świata”. Biorąc pod uwagę fakt, że to właśnie oksfordzkiego profesora nazywa się ojcem współczesnej fantasy, a jego proza miała niebagatelny wpływ na kształtowanie się tego działu literatury (a co za tym idzie – także pewnej części popkultury), uznać chyba możemy, że raczej taki właśnie model bohaterstwa dominuje w Europie – szarego człowieka, który dokonuje rzeczy niezwykłych. Ponieważ nasz kontynent został mocno naznaczony II wojną światową i holocaustem, w nurt ten wpisują się oczywiście wszelkie historie o ratowaniu i ukrywaniu Żydów.
Frodo toczy walkę z samym sobą.

Amerykańska wyobraźnia tymczasem wyprodukowała herosów w rodzaju Supermana i Kapitana Ameryki. Postacie najczęściej w śmiesznych ciuchach, z przesadną muskulaturą i mocami, o jakich zwykły człowiek może tylko marzyć. „Heroizm” bohaterów DC Comics i Marvela wypływa przede wszystkim z tego ostatniego. Żaden z nich nie jest po prostu zwykłym człowiekiem. Superman to kosmita, Batman i Iron Man – miliarderzy, którym pieniądze dają ogromne możliwości, Kapitan Ameryka został poddany mutacji, a X-meni tacy się już urodzili. Także Peter Parker traci status „zwykłego człowieka” w momencie ukąszenia przez zmutowanego pająka i nabycia mocy Spider-Mana. Twórcy ostatniego z wymienionych superbohaterów chcieli sprawić, by czytelnicy mogli się z nim utożsamić: Peter jest nastolatkiem, który choruje, zakochuje się, opiekuje starą ciotką. Czy jednak jest to możliwe w przypadku postaci, która zaczyna czynić dobro, ratować ludzi i ścigać złoczyńców dopiero w momencie zdobycia pewnych specjalnych, rzadkich środków, mających postać pieniądza (Batman i Iron Man), wyjątkowych umiejętności (Doctor Strange – genialny lekarz i chirurg, który nauczył się władać magią) lub supermocy?

deadpool-2222

Z całej grupy amerykańskich, komiksowych bohaterów wyłamuje się Deadpool – postać, którą po ekranizacji uwielbiam, a o której nie miałam dotąd szansy napisać ze względu na prosty fakt, że ten blog nie istniał jeszcze w momencie wyświetlania filmu w kinach. Deadpool to taki superbohaterski trickster (a tricksterzy to ogólnie mój konik, nic więc dziwnego, że akurat ta postać przypadła mi mocno do gustu). Gwoli wyjaśnienia terminu:

Trickster (pol. szachrajprzechera) – w religioznawstwie nazwa archetypu boga-żartownisia, przechery, czasem również półboga lub śmiertelnika, który przeciwstawia się ustalonym normom, działa wbrew ustalonemu porządkowi. Słowem tym określa się również przez analogię typ postaci literackiej lub nawet, w świecie realnym, typ osoby, która pełni podobną rolę w danym środowisku (…) Rolą, jaką pełni trickster w różnych mitologiach jest łamanie zasad i dbanie o powtarzanie się cyklu tworzenia i niszczenia. Trickster to łotrzyk, który zmienia swoją postać, kłamie, oszukuje lub kradnie, będąc jednak często pozytywną lub przynajmniej ambiwalentną postacią mitów. Zwykle, choć nie zawsze, przynosi również humor i śmiech, jest autorem dowcipów drwiących z autorytetów. (źródło: Wikipedia)

Przykładowo, w mitologii nordyckiej tricksterem jest właśnie Loki, przez wielu poznany dopiero za pomocą ekranizacji marvelowskiego komiksu (niestety, czasami odnoszę wrażenie, że niektórzy ludzie nie zdają sobie w ogóle sprawy z faktu, że Thor i Loki pierwotnie byli skandynawskimi bóstwami, czczonymi przez wikingów i że to nie Marvel ich stworzył). W świecie amerykańskiego komiksu jednakże przyjmuje on raczej rolę złoczyńcy. Deadpool tymczasem jest mocno niejednoznaczny. Zabija, klnie, bywa przekorny, wulgarny i niehonorowy. Generalnie robi wszystko, by NIE być superbohaterem. A jednocześnie trudno mu odmówić pewnego uroku. Niełatwo też go zakwalifikować jako bohatera lub złoczyńcę. To postać, która wymyka się schematowi.

Podsumowując krótko, mamy zatem niejako dwa, kontrastujące ze sobą modele bohaterstwa. Który jest lepszy? Trudno orzec, może raczej nie należy tu oceniać w kategoriach „dobry-zły”. Z pewnością superbohaterowie tacy jak Superman, Batman lub Iron Man to silny i stały element amerykańskiej popkultury, wraz z powstającymi jak grzyby po deszczu ekranizacjami dokonujący w ostatnich latach ekspansji przynajmniej na tereny europejskie. Jeśli chodzi o moje prywatne preferencje, to wolę model bohatera w stylu Froda (nie mylić z charakterem tego konkretnego hobbita), ponieważ taka budowa postaci wydaje mi się bardziej interesująca. Jednocześnie jednak nie mogę się pozbyć wspomnienia przykrej, przejmującej sceny z filmu „W pogoni za szczęściem”, w której syn głównego bohatera (granego przez Willa Smitha), popędzany przez zdenerwowanego ojca, gubi swoją ukochaną figurkę Kapitana Ameryki.
Kosmita ratujący niewiasty niczym rycerz w lśniących rajstopach… to znaczy: lśniącej zbroi i na białym koniu

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s