Nihil novi, czyli o "Pięknej i Bestii"

Tytuł tego wpisu brzmi nieco brutalnie, ale prawda jest taka, że „Piękna i Bestia” z Emmą Watson i Danem Stevensem w rolach głównych podobała mi się bardzo. Było baśniowo, pięknie, wzruszająco, ale i z humorem. Aktorzy dobrani bardzo dobrze. Moje serce podbiła jednak nie dwójka głównych bohaterów (dobra, może poza Danem Stevensem, do którego mam taką tycią słabość), nawet nie nieco przerysowany Gaston wraz z Le Fou, o którego skłonności homoseksualne była w Rosji nawet cała awantura – niepotrzebnie rozdmuchana, gdyż jest to wątek absolutnie trzeciorzędny, praktycznie w ogóle niezauważalny. Tak naprawdę film kradnie cała ekipa zaczarowanej służby (wraz z samym zamkiem ;)), czyli Trybik (Cogsworth), Płomyk (Lumiere), Pani Imbryk (Mrs. Potts) z Chipem, Puf Puf (Plumette/Babette), Maestro Cadenza i Madame Garderobe. Choć wykreowani komputerowo (świetnie zresztą), dają dowód najwyższej jakości rzemiosła aktorów, zatrudnionych do podkładania głosów.

Sama Emma Watson jako Belle również spisuje się świetnie. Jej bohaterka ma charakter, bywa zadziorna i niepokorna, ale także wyrozumiała oraz łagodna (chociaż raczej z przewagą tych pierwszych). Jest oczywiście też odważna – tak naprawdę ten film nie istniałby, gdyby nie ta cecha jej charakteru 😉 . Co jednak najbardziej fantastyczne – Belle podbija serce Bestii nie nieskończoną, niezmąconą niczym dobrocią, która sprawiłaby, że ta bohaterka wydałaby się nam mdła, ale właśnie faktem, że nie jest taka znowu potulna i nie daje się zastraszyć. Dziewczyna imponuje również zaczarowanemu księciu inteligencją, ambicjami i chęcią poszerzania horyzontów. Choć pochodzi ona z biednej, pozbawionej wielu możliwości rodziny, interesuje ją świat poza granicami miasteczka, a książki są dla niej sposobem na doświadczenie go. I to one właśnie stają się punktem stycznym Belli i Bestii. Scena cytowania „Romea i Julii” jest pierwszą, w której zostaje nam dany wyraźny sygnał, że ta dwójka wbrew pozorom ma ze sobą wiele wspólnego. Ich relacja rozwija się z każdą kolejną rozmową. Bestia, do tej pory przepełniony dzikim gniewem i żalem, które nadawały mu zwierzęcości, zaczyna na powrót odkrywać w sobie pierwiastek ludzki – nie w wyniku podejścia dziewczyny na zasadzie „Ojej, on jest taki biedny, został zaczarowany, gdzieś tam na pewno musi kryć się w nim człowiek!”, ale na skutek znalezienia wspólnego języka z główną bohaterką. Gdyby nie ten fakt, Bella najprawdopodobniej na dobre uciekłaby do ojca i tyle byśmy ją widzieli. Ludzki odruch wdzięczności i potrzeba bycia przyzwoitą sprawiły, że rannego Bestię zabrała z powrotem do zamku. Ale to nieoczekiwane odkrycie w nim pewnych cech osobowości, sprawiło, że w ogóle zainteresowała się osobą zaczarowanego księcia. Całą tą moją rozkminkę można podsumować w taki sposób, że rozwój relacji dwójki głównych bohaterów został rozrysowany w sposób bardzo realistyczny – mimo że przecież prezentowana historia to klasyczna baśń. Sama Bella również nie jest postacią idealną. Rysę na jej charakterze dostrzec można chociażby w momencie, gdy przez sekundę jest gotowa zostawić rannego Bestię na pastwę wilków i losu.

Przyznam, że animowaną „Piękną i Bestię” oglądałam na tyle dawno temu, że już bardzo słabo pamiętam jak się miała sprawa z relacjami między poszczególnymi bohaterami właśnie tam. Jako dziecko ubóstwiałam przede wszystkim „Króla Lwa” i „Dzwonnika z Notre Dame”, w związku z czym to te produkcje Disneya znam najlepiej. Natomiast z „Pięknej i Bestii” zostały w pamięci głównie obrazy, zwłaszcza te ikoniczne. Jednakże to właśnie na nich opiera się cały film z Emmą Watson. Pomijając fakt zatrudnienia znanych aktorów* w rolach głównych i drugoplanowych, co samo w sobie jest już wabikiem na widzów, reżyser, Bill Condon, wręcz odwzorowuje pod względem wizualnym disneyowską bajkę sprzed wielu lat. Nawet noszone przez postacie stroje są identyczne, zwłaszcza charakterystyczna, żółta suknia Belli, w której tańczy z Bestią. Aktorzy są tak dobrani urodą, by jak najbardziej przypominali swoje animowane odpowiedniki – może tylko Luke’owi Evansowi jako Gastonowi brakuje trochę muskulatury, aczkolwiek jeśli chodzi o twarz, to, jak dla mnie, pasuje idealnie. Film ten jest oczywiście baśnią i z tego też powodu, z myślą o dzieciach, kina zorganizowały ogromną ilość seansów z dubbingiem we wczesnych godzinach. W dniu premiery jeden, jedyny seans z napisami (na który poszłam ja) odbywał się o 20.40. Sala była pełna dorosłych ludzi, zarówno kobiet, jak i mężczyzn, a gdy parę dni wcześniej kupowałam bilet przez Internet, system rezerwacji pokazał mi, że co najmniej połowa sali była już zajęta. Wychodzi na to, że polski dystrybutor nieco pomylił się co do docelowego odbiorcy filmu. „Piękna i Bestia” to bowiem „kino nostalgiczne”, w którym reżyser stara się oddziaływać na wspomnienia z dzieciństwa dorosłych już osób za pomocą takich narzędzi jak stroje postaci lub efekty specjalne. Przez lata bowiem tę klasyczną baśń przerabiano już na wiele sposobów (najwcześniejsza ekranizacja powstała we Francji w 1899 r., był to, rzecz jasna, jeszcze film niemy), ale oprócz disneyowskiego, rysunkowego oryginału największą furorę zrobiła właśnie najnowsza produkcja, z Emmą Watson – na otwarciu w USA zebrała aż 170 mln dolarów (na świecie 180 mln dolarów), dzięki czemu pobiła parę rekordów box office’u.

Oczywiście w tym momencie pozostaje nam zadać pytanie o aktualny poziom kreatywności Hollywood. Bowiem nie tylko „Piękna i Bestia” została w taki sposób odtworzona. Dwa lata temu pojawił się w kinach „Kopciuszek” – z suknią i karocą identyczną jak w bajce Disneya. Rok temu „Księga Dżungli”. Jeszcze wcześniej „Alicja w Krainie Czarów”. Teraz z kolei pojawiają się informacje o nadchodzącym remake’u „Króla Lwa”. Nie mówiąc już o wszystkich tych filmach, które dawno temu zdobyły ogromną popularność i zapadły w ludzką pamięć, stając się ważnymi ikonami popkultury: „Gwiezdne Wojny” (kolejne części), „Indiana Jones”, „Terminator”, „Obcy”, „Piraci z Karaibów” etc. Wydawać by się mogło, że Hollywood zatoczyło koło, zaczęło gryźć własny ogon i wykorzystując nostalgię oraz wspomnienia odbiorców, zarabia pieniądze na reprodukowaniu wciąż tych samych historii, światów, stylistyk. Co z tego, że Harrison Ford ma już ponad 70 lat. Jeszcze przecież zdąży po raz kolejny zagrać Indianę Jonesa 😉 . Tak jakby Hollywood popadło w jakiś marazm twórczy i nie było w stanie wymyślić czegoś oryginalnego, czegoś, co podbiłoby serca widzów i stałoby się nową ikoną kultury popularnej. No cóż, chyba już naprawdę mamy ten postmodernizm w kinematografii.

*Emma Watson, wiadomo – Hermiona z „Harry’ego Pottera”. Dan Stevens znany jest przede wszystkim wielbicielom popularnego serialu „Downton Abbey”. Luke Evans coraz bardziej rozwija swoją karierę, grając a to w „Hobbicie”, a to w „Draculi”, a to jeszcze gdzie indziej. Ian McKellen, Stanley Tucci, Ewan McGregor i Emma Thompson to tak starzy wyjadacze, że aż wstyd ich nie znać 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s