Gdy ogarnia nas szaleństwo… Czyli o „Tulipanowej gorączce”

Zwiastuny są różne. Jedne zrobione na tyle umiejętnie, by w ogólnym jedynie zarysie przedstawić historię, zaintrygować widza i przyciągnąć go do kina. Inne takie, że od razu opowiadają całą fabułę i w zasadzie nie ma już potrzeby iść na seans (tak było w przypadku „Na pokuszenie”). Wydawać by się mogło, że zwiastun „Tulipanowej gorączki” to przykład tego pierwszego (chociaż w tym przypadku raczej bym się kłóciła ze słowem „umiejętnie”), prawda jest jednak taka, że dawno nie widziałam zwiastuna, który tak przekłamywałby film. Bowiem oglądając go, widz odnosi wrażenie, że „Tulipanowa gorączka” koncentruje się głównie na romantycznej i nieszczęśliwej miłości między Sophią a Janem. Co więcej, drastycznie wyrywając z kontekstu niektóre wypowiedzi bohaterów, automatycznie sugeruje nam kto tu jest dobry, a kto zły. Gdy jednak w końcu wybierzemy się na seans, przekonamy się, że cała sytuacja między postaciami jest o wiele bardziej skomplikowana, niż mogłoby się to wydawać.

3834_1.7

Przede wszystkim to nie Jan i Sophia są tutaj głównymi bohaterami. A przynajmniej nie tylko, ponieważ równolegle toczy się historia związku Marii i Willema – służącej państwa Sandvoort oraz handlarza rybami. To właśnie ta dwójka ma niebagatelny wpływ na fabułę i to oni koniec końców najlepiej wychodzą na całej aferze. Co więcej, to Maria jest narratorką w filmie i większość wydarzeń opowiedziana została z jej perspektywy. Tymczasem dziewczyna została prawie całkowicie usunięta ze zwiastuna (Za to oczywiście koniecznie podkreślono w nim, że w filmie gra również Cara Delevingne, mimo że w rzeczywistości aktorka ta pojawiła się dosłownie epizodycznie. Podobna sytuacja jak w przypadku Zombie Boya i „Piratów z Karaibów”), a jedna z jej niewielu zawartych w nim kwestii sugeruje, że to zdrajczyni, gotowa wydać swą biedną, zakochaną panią staremu, okrutnemu i obleśnemu dziadowi, którego gra Christoph Waltz. Jakże mylne to wrażenie! Prawda bowiem wygląda tak, że Cornelis to całkiem poczciwy mężczyzna o (jak się koniec końców okazuje) dobrym sercu i braku umiejętności prowadzenia gry wstępnej. Maria natomiast to kobieta wesoła i bystra, zżyta z domem Sandvoortów, a także gotowa zrobić wiele dla Sophii, z którą utrzymuje relacje raczej siostrzane, niż formalne, panujące w tych czasach między pracodawcą a służącą. Nie kieruje się zawiścią, a wręcz przeciwnie: wspiera często swą panią, wiedząc, że nie jest jej łatwo w aranżowanym małżeństwie, gdzie powinnością kobiety jest  przede wszystkim urodzenie dziedzica. Cytowana w zwiastunie groźba wynikła z momentu słabości tej bohaterki, jej strachu przed byciem wyrzuconą z pracy z powodu nagłej ciąży. Potem zresztą Maria wstydzi się tych rzuconych w gniewie i rozpaczy słów.

TULIP FEVER
Judi Dench jak zwykle świetna w roli kobiety stanowczej, konkretnej i przedsiębiorczej.

Szczerze mówiąc, zaproponowana przez Holliday Grainger (dobrą, choć raczej niedocenianą aktorkę, znaną przede wszystkim z roli Lukrecji w „Rodzinie Borgiów”) kreacja tej bohaterki uwiodła mnie bardziej, niż nieszczęśliwa miłość Jana i Sophii. Ci bowiem są mało przekonujący i brakuje między nimi przysłowiowej chemii. Mimo wszystko trochę trudno im kibicować, zwłaszcza gdy zdamy sobie sprawę, jak bardzo nieuczciwie ta dwójka zachowuje się względem poczciwego Cornelisa. Jakkolwiek bardzo cenię Alicię Vikander i uważam ją za osobę aktorsko utalentowaną (co pokazała chociażby w „Dziewczynie z portretu”), to tu muszę przyznać, że jej Sophia nie była zbyt udaną postacią. Bezbarwna, mimozowata, chodząca wiecznie z miną wystraszonego zwierzątka. Skupiona przede wszystkim na sobie. Intryga, utkana baaaardzo grubymi nićmi (serio, cały czas się zastanawiałam, czy Cornelis naprawdę jest aż tak łatwowierny, by NICZEGO nie zauważyć przez bite 9 miesięcy) przez Sophię, ma na celu pomoc przede wszystkim jej samej, natomiast Maria i jej związana z ciążą trudna sytuacja życiowa to tylko środek do osiągnięcia celu. Dziewczyna bezsensownie demonizuje własnego męża, który tak naprawdę nie robi jej żadnej krzywdy, a wręcz przeciwnie – niejednokrotnie wyciąga do żony rękę i próbuje zbliżyć się do niej emocjonalnie. Bijąca od bohaterki nerwowość została najpewniej zaplanowana przez scenarzystów, co jest oczywiste, jeśli spojrzymy na jej sytuację życiową – dziewczyna opływa w luksusy, ale łatwo może zostać odesłana przez męża, jeśli nie urodzi mu syna. Minęły już 3 lata, a dziecka jak nie było, tak wciąż nie ma. Taki wątek nie jest niczym nowym, ale, szczerze mówiąc, widziałam lepsze jego realizacje. Choćby w „Dynastii Tudorów” lub „Kochanicach króla” (zresztą tego samego reżysera 😉 ), gdzie jesteśmy świadkami tragicznych losów Anny Boleyn, kobiety, której być, albo nie być uzależnione jest od mężczyzny i która desperacko walczy o przetrwanie.

Tulipanowa-goraczka_3-1

Najważniejszym bohaterem filmu jest jednak nie żadna z wymienionych wyżej postaci, a… szaleństwo, obłęd, występujący zarówno pod postacią miłości, jak i żądzy zysku (handel tulipanami, noszący ówcześnie znamiona swego rodzaju hazardu). Stan, w którym funkcjonujemy jak w gorączce, na najwyższych obrotach, dążymy do wyznaczonego celu, nie oglądając się na jakąkolwiek moralność lub innych ludzi. Wpadli w to co prawda nie wszyscy (trzeźwość umysłu zachowała Maria oraz skupiony na innych działkach biznesu Cornelis), ale za to wszyscy, chcąc, nie chcąc, zapłacili wysoką cenę. Dzieło Justina Chadwicka to swego rodzaju studium tragizmu człowieka, którego dopada emocjonalna gorączka i który nierozważnie rzuca życie na szalę, nie patrząc na konsekwencje swego czynu. Byłoby to wszystko genialne w swej ironii, gdyby film zakończył się jednak odpowiednio wcześniej – na zjedzeniu drogocennej cebulki tulipana przez pijanego Gerrita i upozorowaniu śmierci przez Sophię. Niestety, ostatecznie otrzymaliśmy prawdziwie hollywoodzki happy end. Aby widzowi nie było zbyt przykro, gorzkie losy bohaterów zostały mu odpowiednio osłodzone: Cornelis wyjechał do Indii Zachodnich i żył tam sobie szczęśliwie, Willem powrócił, ożenił się z Marią i spłodzili razem tę wymarzoną szóstkę dzieciaków, a Jan oraz Sophia po paru latach natknęli się na siebie przypadkiem i znowu między nimi zaiskrzyło. Koniec końców, „Tulipanowa gorączka” to film zaledwie niezły, ze zdecydowanie niewykorzystanym potencjałem i zgrzytami w odwzorowaniu realiów tamtej epoki*. Taka mocna 6 w skali do 10.

*Rzecz dzieje się w XVII-wiecznym Amsterdamie, a tymczasem w rolach drugoplanowych i epizodycznych osadzono co najmniej dwóch czarnoskórych aktorów (w tym Davida Harewooda, którzy wystąpił też jako braciszek Tuck w jednej z ekranizacji legendy o Robin Hoodzie. Przypadek?). Nie mam siły na nowo wszczynać odwiecznej dyskusji na tematy poprawności politycznej lub wybielania postaci (nie jestem zwolenniczką ani jednego, ani drugiego), ale uważam, że skoro już się robi film z fabułą osadzoną w danej epoce, to do odwzorowywania realiów historycznych powinno się podejść mimo wszystko rzetelnie.

TulipFever (11)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s