Filmowa Japonia niejedno ma imię, czyli o niektórych filmach 11 edycji Festiwalu Filmowego Pięć Smaków

Podczas Festiwalu Filmowego Pięć Smaków oczywiście nie są puszczane filmy tylko z Japonii, ale ponieważ tamtejsza kinematografia jest mi bardzo bliska, to niniejsza recenzja dotyczyć będzie trzech konkretnych produkcji rodem z Kraju Wschodzącego Słońca, które miałam okazję zobaczyć podczas omawianego wydarzenia. W pewnym momencie odważnie planowałam również pójść na seans „Bahubali” („odważnie”, bo ów maraton ciągnąłby się do późnych godzin nocnych, a to już nie te lata, gdy bezproblemowo i codziennie siedziałam do jakiejś 2.00 nad ranem 😉 ) – hinduskiej, epickiej dylogii, ale, niestety, nie pozwolił na to zarówno czas, jak i finanse. Być może w przyszłym roku uda mi się pójść na coś z innej kultury 😉 . Wracając jednak do tematu Japonii… Tak zwany „przeciętny Kowalski”, nie mający większej wiedzy na akurat ten temat, kojarzy Kraj Kwitnącej Wiśni przede wszystkim z mangą, anime i w dużej mierze z dziwaczną, infantylną popkulturą (oczywiście są i inne skojarzenia oraz stereotypy, związane z samurajami i gejszami oraz bardzo rozwiniętą technologią, ale nie o nie mi w tej chwili chodzi…). Oczywiście nie stawiam znaku równości między mangą i infantylnością, broń Boże! Sama jestem osobą z przeszłością mocno mangową i choć teraz nie siedzę już w tym akurat temacie, to wciąż doceniam japońską sztukę animacji. Japończycy mają jednak do zaoferowania mnóstwo wspaniałych, ambitnych, a jednocześnie średnio znanych międzynarodowo filmów fabularnych, poruszających ważne kwestie społeczne. Należą do nich między innymi „Pożegnania” („Okuribito” Youjirou Takita) o burakumin, czyli japońskich „niedotykalnych”, lub „Jak ojciec i syn” Hirokazu Koreeda, opowiadający o synowsko-ojcowskiej relacji. Nie inaczej jest w przypadku trzech poniższych produkcji, potrafiących zarówno wzruszyć, jak i skłonić do głębszej refleksji.

„Po nitce do kłębka” („Close-knit”), reż. Naoko Ogigami, Japonia 2017

1

Film najbardziej przejrzysty fabularnie i symbolicznie z całej trójki, a także mocno angażujący emocjonalnie. 11-letnia Tomo po raz kolejny zostaje porzucona przez nieodpowiedzialną i beztroską matkę, która zwalnia się również z pracy i jedzie w siną dal z nowo poznanym mężczyzną. Zrezygnowana dziewczynka ucieka pod skrzydła swojego wujka, a także Rinko – jego transpłciowej partnerki, do niedawna żyjącej pod męskim imieniem Rintaro. „Close-knit” (polski tytuł wydaje się mimo wszystko trochę nieadekwatny…) to film nie tylko o dyskryminacji względem osób transpłciowych i tych o odmiennej orientacji seksualnej (wątek szkolnego kolegi głównej bohaterki), ale również o dojrzewaniu i kobiecości. Wystarczy posłuchać słów marnotrawnej rodzicielki Tomo na samym końcu filmu: „Wychowuję ją sama, wiecie jakie to dla mnie obciążenie? Muszę czasem odpocząć! Najpierw jestem kobietą, a dopiero potem matką!”. Sęk w tym, że ona i Rinko reprezentują zupełnie odmienne koncepcje kobiecości, a ta druga paradoksalnie (bo przecież oryginalnie była pod względem fizycznym mężczyzną i dopiero teraz zmienia stopniowo swoją biologiczną płeć) okazuje się o niebo lepszą matką dla dziewczynki – odpowiedzialną, troskliwą, ale jednocześnie też stanowczą przy wychowywaniu. I jednocześnie nie tracącą nic na swej kobiecości. Dynamika relacji między Tomo a Rinko (wujek Makio stanowi raczej tło dla tej dwójki) jest naprawdę cudowna: zaczynamy od sporego dystansu, a nawet pewnej dozy nieufności (przynajmniej ze strony skrzywdzonej, mocno cierpiącej w głębi duszy dziewczynki), aby w końcu przejść do ogromnej bliskości i wsparcia. Wielka w tym zasługa aktorów: młodej, ale bardzo zdolnej Rin Kakihara oraz Toma Ikuta – człowieka, który bardzo przekonująco zagrał osobę transpłciową, wyciągając jej cechy zarówno „żeńskie”, jak i „męskie” (warto zwrócić uwagę na wielokrotnie powtarzające się sceny picia piwa. Ten rodzaj alkoholu uważany jest w Japonii raczej za „męski”). Rinko w jego wykonaniu nie jest bowiem przesłodzoną, rozchichotaną i pod tym względem groteskową kobitką. I dzięki Bogu, bowiem raczej bym jej w takim wypadku nie potrafiła znieść (przez tego typu zachowanie postaci nie byłam w stanie dokończyć „Śniadania na Plutonie”. Tak, wiem, że ten film ma spory fandom, ale mi główny bohater jakoś nie podpasował). To bohaterka dojrzała, od której bije matczyne ciepło (przypominam, że gra ją aktor-mężczyzna!!!), ale jednocześnie niepozbawiona tragizmu. To nie jej drogę przemiany jednak obserwujemy (choć oczywiście jest scena „ogniska” na plaży), a Tomo. Dziewczynka sama musi dorosnąć (przynajmniej psychicznie) i zaopiekować się swoją marnotrawną, niedojrzałą matką. Uświadamia sobie, że czas jej dzieciństwa się definitywnie zakończył (czy w ogóle kiedykolwiek miał miejsce?).  I z tego również wyziera pewien tragizm postaci.

„Yamato (California)”, reż. Daisuke Miyazaki, Japonia 2016

NC17_visions_Yamato California 03

Ponura, humorzasta i nieco agresywna werbalnie nastolatka, Sakura, mieszka z matką i bratem w Yamato – małym miasteczku, znajdującym się w sąsiedztwie jednej z największych, amerykańskich baz wojskowych w Japonii. Szkołę już dawno rzuciła i jedyne, czym się zajmuje (poza marną, dorywczą pracą) to rap. Pragnęłaby zostać sławną raperką i świat tej muzyki pochłania ją całkowicie, cierpi jednak chroniczny lęk przed występami na scenie. Życie dziewczyny zostaje wywrócone do góry nogami, gdy na wakacje przyjeżdża do nich Rei – córka nowego chłopaka jej matki, pół-Japonka, pół-Amerykanka. Tyle właściwego opisu fabuły. Film Daisuke Miyazakiego to dosyć gorzka refleksja na temat japońskiego społeczeństwa i jego kondycji. Sam tytuł natomiast jest dosyć przewrotny. „Yamato” bowiem to między innymi pochodząca ze starojapońskiego, jedna z historycznych nazw Japonii. Na tyle starożytna, że trochę owiana legendą. Jeśli zatem zestawimy historycznie i tradycyjnie brzmiące Yamato (to rzeczywiście istniejące miasteczko, tak w ogóle) z Kalifornią, reprezentowaną przez groźną, nieustannie przypominającą o swoim istnieniu amerykańską bazę wojskową, to wyjdzie nam swoisty paradoks. Przeszłość z przyszłością i teraźniejszością. Tradycję z nowoczesnością. Kulturę japońską z amerykańską. Słabszego z silniejszym. Dominującego z podległym. Bohaterowie filmu Miyazakiego mieszkają w skromnych warunkach, bardzo odmiennych od naszych wyobrażeń na temat mieszkańców tego kraju. Ukazane tu Yamato jest raczej biedne, brudne, pełne bezdomnych oraz zdesperowanej, zgorzkniałej młodzieży, która żyje z dnia na dzień i podejmuje się byle jakiej pracy. To również istny konglomerat kulturowy, w którym ludzie różnych nacji żyją obok siebie, niekoniecznie w sposób pokojowy. Tak samo burzliwa jest relacja między Sakurą a nowo przybyłą Rei. Amerykanka (bo w końcu okazuje się, że to ta połowa jej tożsamości bardziej dominuje), choć generalnie grzeczna i uprzejma, z buciorami wchodzi w życie bohaterki, zmuszając ją do pokazania tej bardziej prywatnej (i znacznie mniej turystycznej) strony japońskiej codzienności. Na pewien czas dziewczyny odnajdują wspólny język i świetnie się razem bawią, w końcu jednak dochodzi do niezbyt przyjemnego spięcia, podczas którego ich relacje sprowadzone zostają do kwestii narodowościowych. Daisuke Miyazaki może się zarzekać, że jego film traktuje bardziej o stosunkach między japońskim społeczeństwem a rządem (patrz. wywiad z reżyserem: https://blog.piecsmakow.pl/?p=1902), jednakże kontakty japońsko-amerykańskie są tu bardzo mocno podkreślane. Gdyby tak nie było, Rei nie miałaby w połowie amerykańskiego pochodzenia, a nad bohaterami nie wisiałoby widmo amerykańskiej bazy wojskowej. Widmo, które nieustannie przypomina o sobie straszliwym hukiem startujących odrzutowców.

„Żona dla Rip van Winkle”, reż. Shunji Iwai, 2016 Japonia

a-bride-for-rip-van-winkle-2016-dc-br720p-x265-er-mkv_snapshot_02-49-31_2016-09-18_15-04-38

To film, który, niestety, dość zmęczyłam. Powód? Za długi, bo aż 3h. Tak, oczywiście, wiem, że bywają i dłuższe, np. te z Bollywood lub „Arn the Knight Templar”, który w rodzimej Szwecji w zasadzie stanowi jedną, wielką, 5-godzinną produkcję (w naszych kinach został podzielony na dwa osobne filmy). Jednakże przy 2 i pół godziny widz zaczyna się już nerwowo kręcić na siedzeniu, bo albo mu cierpną pośladki, albo chce do toalety, albo jest głodny i spragniony, albo w ogóle zaczyna się już nudzić. Podczas seansu „Żony dla Rip van Winkle” niejednokrotnie miałam poczucie, że dana scena byłaby idealna na mocne zakończenie. Niestety, reżyser postanowił ciągnąć losy głównej bohaterki, aż w końcu nastąpił nieco mdły happy end.

Nanami to dość niemrawa nauczycielka z doskoku, która lada chwila ma wyjść za mąż. Narzeczonego znalazła w Internecie, przyszło jej to „tak łatwo i szybko, jakby robiła zakupy online”. Choć napisane w recenzji brzmi to jak przykład niezłego wyrachowania, Nanami wydaje się być raczej postacią bezwolną, obojętną na to, co się dzieje dookoła niej i pozwalającą, by to inni decydowali o jej życiu. Wychodzi za mąż nie z miłości, a raczej z podejścia w stylu „w sumie wszystko mi jedno, znalazłam faceta, to można i się chajtnąć”. Zasugerowano jej, że po ślubie powinna porzucić zawód nauczycielki? Nie ma sprawy, zrobi się. Tym bardziej, że i tak ją wylali z ostatniej roboty. Swoją jedyną uczennicę online też by odprawiła, gdyby nie protesty dziewczynki i jej matki. Ten dobrowolny brak sprawczości ostatecznie jednak odbija się dość boleśnie na samej Nanami, gdy zostaje ona wplątana przez nieco diabolicznego w działaniu Amuro w intrygę i doświadcza w swoim życiu szeregu dziwnych rzeczy. To z kolei sprawia, że nieustannie popychana naprzód przez „cudotwórcę znikąd” dziewczyna przechodzi przemianę. Może nie drastyczną, bo bohaterka wciąż jest z usposobienia osobą mocno introwertyczną, ale na pewno na końcu filmu nie określiłabym jej już jako niemrawej. Cały proces jest mocno ciekawy, a sama postać Nanami wydaje mi się inspirowana zarówno „Alicją w Krainie Czarów”, jak i „Mistrzem i Małgorzatą” (zwłaszcza w zestawieniu z mefistofelicznym Amuro). Niestety, Shunji Iwai w pewnym momencie przedobrzył i zepsuł ogólne wrażenie poprzez rozciągnięcie fabuły tak, jakby była z gumy. Czasem jednak trzeba umieć rozpoznać ten odpowiedni moment, w którym aktorzy kłaniają się widzom i schodzą ze sceny.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s