Z kamerą wśród wikingów, czyli o normańskim najeźdźcy w popkulturze

Dzisiaj chciałabym zwrócić uwagę na pewne zjawisko, dotyczące mojego konika, czyli wikingów 😉 Potraktujcie ten wpis tak trochę z przymrużeniem oka, choć oczywiście nie do końca 😉 .
W ciągu paru ostatnich lat wzrosło zainteresowanie skandynawskimi najeźdźcami, głównie za sprawą serialu „Wikingowie” History Channel, choć oczywiście już wcześniej pojawiały się pojedyncze produkcje uwzględniające ten temat. Podobnie jak w przypadku archeologa (np. Indiana Jones, Lara Croft, ostatnio też June Moon w „Suicide Squad” – wszędzie tu mamy istnych poszukiwaczy przygód, brawurowo skaczących na linie w pojedynkę po tajemniczych grobowcach), wiking ma w popkulturze swój uklepany wizerunek, w bardzo małym stopniu odpowiadający rzeczywistości historycznej.
Plakat z serialu „Wikingowie”.
Ikoną jest już niemalże hełm z rogami. Rogate nakrycie głowy pojawia się nie tylko w filmach i serialach, ale także w turystyce – na Islandii, z reguły bardzo zresztą dbającej o swoje historyczne i kulturowe dziedzictwo, turysta z łatwością może takie coś zakupić i w nim radośnie paradować. Promowanie takiego właśnie wizerunku wikinga, rogatego barbarzyńcy na sterydach, który gwałci, pali i rabuje, znalazło swoje odzwierciedlenie przykładowo w filmie „Pathfinder” („Tropiciel”) z 2007 roku, gdzie rogi hełmów najeźdźców wyglądają jak żywcem zdjęte z kozic górskich. Lub jak skopiowane ze „Skyrima” – przypuszczam, że gracze pamiętają taki hełm, w zasadzie słabo chroniący postać, ale pojawiający się we wszystkich materiałach promocyjnych?
Scena z filmu „Tropiciel” (2007 r.).
Wiele osób nie wierzy, gdy staram się im to wyjaśnić, ale prawda jest taka, że wikingowie nigdy rogów nie nosili. Taki wizerunek jest wytworem czysto XIX-wiecznym. Artyści doby romantyzmu szukali sposobu na przedstawienie normańskich wojowników i nie mogąc sobie wyobrazić ich ubioru, sięgali do źródeł starożytnych, gdzie często przypisywano barbarzyńcom noszenie dziwnych okryć głowy, przypominających np. rogate bestie. Znaleziono co prawda pojedyncze egzemplarze hełmów celtyckich z rogami lub ze sztucznym ptakiem, ruszającym skrzydłami, no ale gdzie Celtowie, a gdzie Wikingowie? Archeolodzy przypuszczają ponadto, że należały głównie do ubioru ceremonialnego, gdyż taki np. hełm z Waterloo (poniżej na zdjęciu) był zbyt cienki i delikatny, aby go użyć w bitwie.
Celtycki hełm z Waterloo, Muzeum Brytyjskie w Londynie, źródło: Wikipedia.
Po raz pierwszy wikinga w rogatym hełmie narysował najprawdopodobniej szwedzki artysta, Gustaw Malmströnow, który w 1820 r. zilustrował edycję sagi ”Friðþjófs”. Pomysł się przyjął, choć oprócz rogów równie popularne były skrzydełka. Natomiast prawdziwym „winowajcą”, jeśli chodzi o rozpowszechnienie dwóch tych wizerunków hełmów wikińskich, był Richard Wagner, który z lubością prezentował je w inscenizacjach swoich oper. Jego pomysły podchwycili następnie w XX wieku filmowcy, no i tak to poszło w świat. Jednym z pierwszych filmów, w których pojawiają się rogaci i skrzydlaci najeźdźcy z północy, jest nakręcony w 1928 r. „Wiking” w reżyserii Roya Williama Neilla. Stereotyp wikinga w hełmie z rogami na tyle mocno utrwalił się w zbiorowej świadomości, że przez wiele lat trudno go było wykorzenić. Nawet „Beowulf” z 2007 roku (tak, ten z nagą, animowaną Angeliną Jolie) nie pomógł.
„Wiking” w reżyserii Roya Williama Neilla, 1928 r.
Trend wyraźnie zaczął się zmieniać dopiero około 2013 roku, gdy History Channel wyemitowało pierwszy sezon „Wikingów” z Travisem Fimmelem w roli legendarnego Ragnara Lodbroka, który podbił serca publiczności. W ciągu czterech lat Normanowie zostali pozbawieni rogów. Nie tylko, bo twórcy serialu poszli w drugą z kolei skrajność i ich bohaterowie w ogóle latają w walce bez hełmów. O dziwo, zdałam sobie z tego sprawę dosyć późno, co znaczy, że wcześniej Ragnar, Floki i Rollo biegający z gołymi głowami podświadomie wydali mi się dosyć naturalni (ale nie potrafię sobie akurat tego wytłumaczyć ;)). Twórcy ubrali ich w sposób mniej więcej zbliżony do znalezisk archeologicznych, choć oczywiście wciąż jest tu sporo „mroku” (jak to nieścisłości i błędy historyczne określają w swoim środowisku rekonstruktorzy). To jednak nie strój, a inne elementy ich wyglądu zwracają uwagę. Chodzi przede wszystkim o włosy i….. makijaż. Z nieco oczywistych względów trochę trudno dzisiaj ustalić jak właściwie czesali się skandynawscy mężczyźni i kobiety. Jednakże bohaterowie „Wikingów” mają fryzury nierzadko dosyć dziwaczne: pomijając Rolla i np. króla Horika, którzy w zasadzie fizycznie się nie zmieniają (Rollo to nieco odrębny temat, zaraz do niego przejdę), wśród mężczyzn serialu raczej królują wygolone, nierzadko wytatuowane (u Ragnara akurat pojawia się to później, a u Flokiego zmianę fryzury na taką właśnie zaobserwować można na zdjęciach z nadchodzącej drugiej części IV sezonu) skronie, z kołtuniastym pseudo-warkoczem pośrodku głowy.
Ragnar choruje na klasycznego kołtuna.
Nierzadko też jest to wygląd na zasadzie ukraińskiego kozaka, z kosmykami włosów, odrobinę przypominającymi osełedec.
Skandynawski Kozak.
Właśnie: kołtun. Między wikingami a pojawiającymi się w późniejszych sezonach Frankami widać wyraźną różnicę w schludności i czystości. Łatwo to dostrzec w przypadku Rollo, który zdradza swoich pobratymców i przechodzi na stronę frankijskiego króla, poślubiając jego córkę: metamorfoza, jaką przechodzą jego włosy, zwyczajnie bawi. Nie widzimy już rozczochranego berserkera, biegającego z gołą klatą i wywijającego toporem. Mamy za to elegancko ubranego mężczyznę, którego włosy w pięknych lokach spływają po ramionach 😉
Rollo był u frankijskiego fryzjera.
Tymczasem prawda o higienie wikingów jest zupełnie inna. Dość rzec, że na stanowiskach skandynawskich archeolodzy w ogromnych ilościach znajdują takie przedmioty, jak: pensety, brzytwy, grzebienie, urządzenia do wydłubywania brudu spod paznokci. Warto również dodać, że część współczesnych badaczy wywodzi w językach staroskandynawskich słowo „sobota” od określenia „dzień prania”, co oznaczałoby, że w wikińskich społecznościach wielkie pranie robiło się raz w tygodniu. Na tle ówczesnych ludów Europy Normanowie wydają się wręcz czyściochami. Mit brudnego, wikińskiego barbarzyńcy wciąż jednak pokutuje w popkulturze, zwłaszcza od czasu premiery filmu ”Trzynasty wojownik” z 1999 r. w reżyserii Johna McTiernana, w którym pokazano scenę mycia się przed posiłkiem w jednej, krążącej wokół stołu misie. Główny bohater – arabski podróżnik – jest wyraźnie zdegustowany owym obyczajem. W rzeczywistości jednak, zwyczaj ten pochodzi właśnie z kręgu arabskiego, gdzie mniej zamożny gospodarz proponował gościom mycie rąk w jednym naczyniu. Zachowywano przy tym porządek, zgodnie z którym przed obiadem to właściciel domu mył się jako pierwszy, a po posiłku zanurzał ręce w misie jako ostatni.
Porunn też zmieniła image jak ją wyzwolili i stała się wikingiem.
Rzeczą ciekawszą od fryzur jest tu jednak makijaż. Ogromna ilość postaci w serialu maluje sobie twarze (czy też ogólnie głowy) tuszem lub inną substancją, co prawdopodobnie ma sprawić, że będą wyglądać groźnie w bitwie. Chociaż nie, Aslaug i Helga prawie cały czas chodzą z mocnym makijażem powiek, więc może niekoniecznie chodzi tu o wywoływanie strachu u wrogów 😉 (ale kto je tam wie…)
Oczy zawsze nienagannie umalowane.
Mistrzem w tym przypadku jest jednak Floki, którego nawet w pewnym momencie pokazano w scenie poprawiania sobie makijażu 😉
Jeszcze tylko przypudruję nosek….

 

… I już jestem piękny!

Twórcy serialu lubują się ponadto w ukazywaniu „dzikości” religii pogańskiej i obyczajów, wyznawanych przez wikingów. O ile przedstawione w pierwszym sezonie obrzędy w Uppsali mniej więcej pokrywają się z treścią źródeł historycznych (wiele relacji mówi o wieszaniu na drzewach dookoła świątyni ciał 9 gatunków ofiarnych, płci męskiej, w tym człowieka), o tyle występujący w „Wikingach” Wróżbita został przez twórców zmyślony. Jego zdeformowana twarz (brak oczu, usta pomalowane na czarno), a także zwyczaj lizania jego dłoni przez „petentów” to udziwnienie, mające na celu wywołanie u widza poczucia dzikości wikingów. Zestawienie wszystkich omówionych do tej pory atrybutów sprawia, że z serialu History Channel wyłania się nowy, popkulturowy wizerunek normańskiego najeźdźcy, w pewnym stopniu zastępujący hełm z rogami, ale wciąż podkreślający „barbarzyńskość” wczesnośredniowiecznych Skandynawów. Dlaczego tak twierdzę, skoro „Wikingowie” to produkcja dosyć świeża? Ponieważ podobne elementy już dostrzec można w niedawnej ekranizacji (wyemitowano dopiero pierwszy sezon) „Ostatniego Królestwa” świetnego Bernarda Cornwella, kładącego przecież nacisk na historyczność fabuły. Nie licząc Ragnara (nie, to nie ten sam Ragnar, co w „Wikingach”), który zresztą szybko ginie, tamtejsi wikingowie to (przynajmniej w większości) osoby porywcze, nieobliczalne i oszalałe: najlepszy przykład to Ubba, którego książkowy pierwowzór zupełnie inaczej zapamiętałam.

Wielki i zły Ubba.

Guthrum też wydaje się całkowicie nieprzewidywalny w swoich działaniach. W brutalności i szaleństwie Ubbie dorównuje natomiast Skorpa, którego zęby pokryte są krwią – element niemalże szokujący i sensacyjny, mający nasuwać skojarzenia z dziką bestią.

Uśmiech nr 2.

Jeśli porównamy anglosaski dwór Alfreda i pałętających się po Wyspach Brytyjskich Duńczyków, z łatwością zauważymy różnicę w wyglądzie. W przypadku tych drugich ponownie mamy wytatuowane twarze i kołtuny, a we włosy powplatane są najdziwniejsze rzeczy – Brida ma chyba gniazdo na głowie, a przy policzku Guthruma dynda kość jego matki.

Poznaj moją mamę.

Jeśli natomiast przyjrzymy się takiej np. Mildrith, Aelswith lub Alfredowi, z łatwością dojrzymy ich schludny, momentami wręcz ascetyczny ubiór i porządnie ułożone włosy, niezależnie od statusu majątkowego (podczas, gdy Alfred jest królem, Mildrith tonie w długach i żyje skromnie).
W „Ostatnim Królestwie” mocny makijaż a’la Floki lub Helga występuje rzadko (pojawia się głównie u Skorpy i czarownika Storriego, chyba też momentami u Ragnara Młodszego), aczkolwiek ciekawy jest motyw tatuowania twarzy wzorami znanymi nam z kamieni runicznych. Nic nie wiadomo o tym, by wikingowie rzeczywiście upiększali się w taki właśnie sposób. Można chyba założyć, że gdyby tak było, to źródła by nas o tym poinformowały, tak jak to było w przypadku chociażby Piktów.

Czy ten facet przez te tatuaże nie kojarzy się Wam trochę z jakimś tajemniczym szamanem?

 

Ragnar Młodszy też się z czasem doczekał własnego tatuażu. Na czole!

Wiking zatem, a raczej jego wizerunek, jest obecnie wytworem silnie popkulturowym. Choć archeolodzy odkrywają ogromne ilości przedmiotów, mówiących nam o życiu kulturowym i społecznym ludów północy, a rekonstruktorzy robią wszystko, co w swojej mocy, by spopularyzować odpowiednią wiedzę na ten temat, w kinie i na małym ekranie wciąż pokutuje konkretne, odrealnione i sensacyjne wyobrażenie wczesnośredniowiecznego Skandynawa. Co istotne, chyba w małym stopniu dotyczy to właśnie kinematografii skandynawskiej. Jeśli obejrzymy przykładowo film „Templariusze. Miłość i krew” (Oryginalny tytuł: „Arn: Tempelriddaren”), zauważymy, że stroje i ogólny wygląd bohaterów wzorowane są silnie na znaleziskach archeologicznych i daleko im do podkreślania barbarzyńskości spadkobierców wikingów – chodzi mi zwłaszcza o sceny na rodzinnej ziemi Arna, zanim wyruszy on do Ziemi Świętej. Co prawda saga ta dotyczy wydarzeń, mających miejsce trzy wieki później, gdy era wikingów dobiegła już końca, niemniej jednak mieszkańcy Skandynawii odziedziczyli po swoich wojowniczych i niespokojnych przodkach wiele z kultury materialnej (przykładowo w architekturze i snycerce stavkirke, czyli norweskich kościołów klepkowych, wyraźnie widać elementy zaczerpnięte z wierzeń pogańskich) i detale te są silnie w „Arnie” podkreślane. Brak tu po prostu sensacyjnych udziwnień, jakie zaobserwować możemy zarówno w „Wikingach”, jak i w „Ostatnim Królestwie”.

W „Arnie” potomkowie wikingów są ubrani jak na rozsądnego człowieka Północy przystało.

Podsumowując, być może wreszcie pozbędziemy się tych nieszczęsnych rogów. Ciekawe, czy nowa, wikińska estetyka z serialu History Channel okaże się na tyle silna, że wypchnie wagnerowski wizerunek rogatego barbarzyńcy z kultury popularnej i zbiorowej świadomości. Cóż, pożyjemy, zobaczymy, choć nie liczyłabym na to, że popkulturowy wiking w ogóle wyzbędzie się okrucieństwa i brutalności, a nacisk położony zostanie bardziej na, przykładowo, jego zdolności kupieckie. Wszak prawdziwi wikingowie parali się nie tylko piractwem, ale też, a może przede wszystkim, handlem i rzemiosłem – wystarczy wspomnieć szwedzkie miasto Birka, stanowiące niegdyś wielką faktorię handlową Skandynawów. No ale cóż, przeciętnemu zjadaczowi popkultury palenie, gwałcenie i rabowanie wydaje się bardziej atrakcyjne. I tylko Ragnar wraz z Lagerthą czasem wspomną o jakimś tam osadnictwie i uprawie ziemi.

Ragnar mówi Wam cześć i przypomina, że czasem bywa też farmerem.
Grafika należy do History Channel, BBC America i Svensk Filmindustri.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s