Jakże chrząkać będą warchlaki, gdy usłyszą jak cierpiał stary dzik… Czyli o zakończeniu 4 sezonu "Wikingów"

Finał 4 sezonu „Wikingów”, który miał miejsce w ostatnią środę (w History Channel Polska w czwartek), bezsprzecznie nazwać możemy decydującym. Oto bowiem zakończył się pewien rozdział dotychczasowej historii, a otworzył nowy: zginęła większość starych postaci (w zasadzie przy życiu zostali już tylko Bjorn, Lagertha, Floki i Rollo, choć nie jestem pewna, czy ten ostatni w ogóle się jeszcze liczy w opowieści), a pałeczkę przejęło nowe pokolenie, którego przedstawiciele do tej pory raczej snuli się gdzieś w tle. Wraz ze śmiercią Ragnara, uwaga reżysera i scenarzystów przesunęła się na jego synów, a do miana głównego bohatera zaczął pretendować przede wszystkim Ivar.
Powiem tak: nie lubię go. W ogóle nie lubię żadnego z młodych Lothbroków (Co prawda słowo to było stricte przydomkiem samego Ragnara i kretyństwem jest używanie go w serialu i mediach jako nazwiska, no ale niech już tak będzie, dla celów recenzji), poza Bjornem, który tak jakby jest rozerwany między starym a nowym. Z jednej strony śledzimy jego losy od samego początku istnienia serialu, z drugiej jednak, jako syn legendy wikińskiego świata, należy do tej grupy bohaterów, która dopiero co zdominowała fabułę. Postać Bjorna ma wyrobiony, wyrazisty charakter, konkretne pragnienia, problemy i jasno nakreśloną przeszłość. To bohater, do którego się przywiązaliśmy i który przypomina nam, podobnie jak Lagertha i Floki, o wydarzeniach z poprzednich sezonów. Nie przeczę, być może ten sentyment do przeszłości jest jednym z czynników, które sprawiają, że lubię Bjorna.

Jego przeciwieństwem jest tu przede wszystkich Ivar, który przebojem wdarł się do świata „Wikingów”. Scenarzyści mieli zdecydowanie krótszy czas na zbudowanie tej postaci (w porównaniu z Żelaznobokim), ale, o matko, jak świetnie im się to udało! Ivar grany przez Alexa Andersena jest psychopatyczny, nieobliczalny i krwiożerczy, ale nie bez powodu, gdyż jego zachowanie zostało dobrze podbudowane pod względem psychologicznym. Okrucieństwo i agresja tego bohatera wynika z głębokich kompleksów i poczucia skrzywdzenia przez los – w takim społeczeństwie jak wikingowie niepełnosprawność fizyczna jest przecież istnym przekleństwem. Ivar czując się gorszy od swoich braci, nieustannie próbuje udowodnić, przede wszystkim sobie, że jest prawdziwym mężczyzną, choć pod względem psychicznym to tak naprawdę dziecko. Swoją ogromną zasługę w takim ukształtowaniu chłopaka miała przede wszystkim Aslaug, która, sama nieszczęśliwa, rozgoryczona i samotna, z dosyć chorobliwą troską otoczyła Ivara matczynym skrzydłem. Tego bohatera maminsynkiem nazwać z pewnością nie sposób, niewątpliwie jednak między nim a matką istnieje silna więź, która zaważyła na jego życiu. Natomiast ojciec, zazwyczaj nieobecny, zrobił przynajmniej jedną istotną rzecz dla swojego najmłodszego dziecka: zabrał go ze sobą na swoją ostatnią wyprawę do Brytanii (choć w sumie stało się tak, bo nikt inny nie chciał z nim płynąć ;)) i swoim ówczesnym zachowaniem wzbudził w nim coś, czego Ivar bardzo potrzebował: poczucie własnej wyjątkowości. Skutkiem tego jest coraz większa arogancja chłopaka, a także coraz silniej się zarysowujący konflikt z Bjornem. A zatem czemu nie lubię Ivara, skoro to tak świetnie zbudowana postać? Bo jest odrażający. I tak szczerze: trzeba mieć nie lada talent, by przekonująco zagrać psychopatę, którego okrucieństwo ma konkretne podłoże psychologiczne. Tego, niestety, zabrakło mi w ekranizacji „Ostatniego Królestwa” (jednocześnie bardziej wiarygodnego historycznie, niż „Wikingowie”, którzy, no cóż, pełni są popkulturowych bzdurek, zwłaszcza jeśli chodzi o scenografię i kostiumy), gdzie Ubba jest szalony… bo po prostu taki jest i koniec, finito.
Wracając jednak do młodego pokolenia Lothbroków: na tle Ivara i Bjorna pozostali synowie Ragnara wydają się być trochę nijacy i to jest też powód, dla którego z kolei nie przepadam za nimi. Co gorsza, Sigurd zginął jeszcze zanim zdążył się na dobre rozkręcić (choć z kolei jego śmierć dużo nam też powiedziała o Ivarze), a związany z historią jego poczęcia i przydomkiem potencjał poszedł się… no cóż.

Czy żałuję, że w „Wikingach” prowadzenie przejęli inni bohaterowie, a fabuła skierowana została na zupełnie inne tory? Nie, na pewno nie. Postać Ragnara stopniowo się wypalała. Już podczas oglądania poprzedniego sezonu zastanawiałam się, czy twórcy serialu pokazując nam lekko żenujący, „chiński” wątek mają w zanadrzu jakiś sekretny plan, czy też zwyczajnie nie wiedzą co z wykreowanymi postaciami zrobić i wciskają widzom byle co. Odetchnęłam jednak z ulgą, bo okazało się, że nie jestem jedyną osobą, która uważa, że powinno się wiedzieć kiedy zejść ze sceny. Ragnar w końcu poniósł śmierć tak, jak opisują to nordyckie sagi, a o wspomnianych, „chińskich odlotach” wolę myśleć jako o specyficznym sposobie Michaela Hirsta na pokazanie drogi upadku legendarnego wojownika. Podobnie w idealnym momencie odeszli Athelstan i jakiś czas wcześniej Siggy, postacie nie mające chyba nic więcej do roboty w tym serialu. I choć jestem mocno przywiązana do historii przyjaźni Ragnara z anglo-saskim mnichem, uważam, że bardzo dobrze się stało. Czas teraz na Lagerthę, która, choć jest w zasadzie jedną z moich ulubionych postaci, też już powinna ustąpić pola innym. Chyba to ją zresztą czeka w następnym sezonie, przynajmniej wnioskując ze zwiastuna. Cieszę się, że wreszcie dokonała zemsty na Aslaug (chociaż, hm, strzelanie w plecy jest takie jakby trochę niehonorowe i nie w stylu Lagerthy?) – w sumie była na to już najwyższa pora 😉 . Wydawałoby się, że Hirst na parę sezonów w ogóle zapomniał o wątku zatargu między tymi dwiema kobietami. Niestety, podobne wrażenie odnoszę w przypadku zniknięcia Thorunn i śmierci córki Bjorna. Jakoś tak porzucono ten wątek bez jakiegokolwiek echa.

Na koniec warto napomknąć o nowej postaci, której zapowiedź mieliśmy szansę widzieć w ostatnich dwóch scenach odcinka finałowego. Chodzi mianowicie o kapłana-wojownika, granego przez Jonathana Rhysa-Meyersa. Oglądając to miałam takie silne uczucie deja vu, tak jakbym znów widziała „The Tudors”… Jeśli wiecie co mam na myśli 😉 . No ale cóż, przekonamy się co nam nasz drogi król Henryk VIII przyniesie  😉 .

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s